Z założenia jednostka wyznaniowa zwana parafią powinna być swego rodzaju wspólnotą. W praktyce wygląda to najczęściej zupełnie inaczej – w parafii panuje ogromna anonimowość. Tylko niektórzy księża robią cokolwiek na rzecz integracji swoich owieczek (i baranów).

Trudno się spodziewać, aby osoby spotykające się góra raz w tygodniu w niedzielę w kościele znały się z imienia i nazwiska. O jakiejkolwiek realnej wspólnocie nie może być mowy. Jednak mówienie, że wspólnoty nie daje się stworzyć ze względu na opieszałość i sporadyczność praktyk katolików nie wystarcza jako usprawiedliwienie. Temu, że w parafiach nie może być mowy o wspólnocie po części są winni także księża. Jako przywódcy (nie tylko duchowi, ale także administracyjni) lokalnego Kościoła powinni oni podejmować jakieś kroki zmierzające do tego, by zbliżając ludzi do Boga zbliżać ich także do siebie samych. Trzeba jednak sprostować, że nie wszyscy księża dają przyzwolenie na rozpad wspólnoty. Część z nich nawet kilka razy w roku organizuje piknik parafialny, zaprasza zespoły muzyczne (nie tylko te chrześcijańskie), przygotowuje loterie fantowe, w których nagrodami są nie tylko breloczki czy mapa samochodowa, ale także rowery czy telewizory. Nikt przecież nie mówi, że budowanie wspólnoty musi odbywać się tylko i wyłącznie na klęczkach przed ołtarzem. Parafianie powinni być wspólnotą również poza murami kościoła. Parafianie, których księża to rozumieją zwykle nie narzekają na swoich duszpasterzy.